Zalewanie form cz. 1


Praca związana z zalewaniem form jest dosyć długa, więc wpis został podzielony na dwie części.

Całą robotę zawsze należy zacząć od przeglądu wzorców (czy nic im się nie przydarzyło i są czyste, etc.), następnie należy sprawdzić czy mamy komplet materiałów i czy wszystkie narzędzia są przygotowane. Powód tej skrupulatności jest dosyć prosty – jak żelkot dotknie wzorców, to już nie ma odwrotu!.

Pierwszym etapem jest przetarcie wzorców delikatnie wilgotną szmatką. Fotek brak bo to nic skomplikowanego !

Następnie na wszystkie kanty formy nakładamy żelkot cienkim, twardym pędzlem i tu mała uwaga – włochate pędzle warto skleić u podstawy cyjanoakrylem. Włos znaleziony na licu formy psuje mocno nastrój.

Żelkot którego używamy to Axson GC1 080. Dobrze się poleruje i formy są na nim wystarczająco trwałe. Być może są lepsze, ale jednak nie spotkaliśmy się z takim. Korzystanie wciąż z tego samego żelkotu ma tę zaletę, że zwyczajnie się go uczymy i po czasie lepiej czuje się pracę z nim. Samo nakładanie żelkotu na kanty jest nieco kontrowersyjne. Ja tak robię, ale nie znam nikogo innego kto tak robi. Tok myślowy za tym jest dosyć prosty – dzięki temu trudniej zamknąć bąbel powietrza np. na krawędzi natarcia.

Później już tylko nakładanie żelkotu.

Tutaj można powiedzieć parę słów o tym jak pracować z żelkotem.

To co widzicie na zdjęciach – nie nakładamy żelkotu na całą powierzchnie formy od razu. Najpierw na powierzchnie skrzydła, a na powierzchnie rozdziału idą już resztki z kubeczka. Powód jest taki, że żelkot świeży nakłada się znacznie lepiej , niż żelkot po 5-10 minutach od zmieszania. Stąd, póki nakłada się to dobrze, to żelkot idzie na powierzchnię roboczą, gdy gęstnieje to malujemy nim powierzchnie rozdziału.

Do nakładania żelkotu dobrze użyć naprawdę twardego pędzla. Gdy nie mamy nic innego – pędzel do malowania obcięty na krótko i sklejony cyjanoakrylem, u podstawy włosia, daje całkiem nieźle radę. Ostatnio, jednak odkryliśmy coś takiego:
https://www.castoram…szer-25-mm.html

Twardy pędzel bardzo pomaga pozbyć się powietrza. Gdy nakładamy miękkim pędzlem, to żelkot bardziej odkształca pędzel. Gdy pędzel ma twarde włosie, to rozbija ono żelkot na równiejszą warstwę i pomaga wydobyć bąbelki na zewnątrz. O ślady po pędzlu nie ma się co martwić. Chwilę po nałożeniu żelkot, dzięki dodatkom modyfikującym napięcie powierzchniowe, sam je zaleczy i rozpłynie się równiutką warstwą.

Ze względu na krótki czas pracy (który jest konieczny, żeby można było nakładać kolejne warstwy w rozsądnym czasie) polecamy rozrabiać po 100 g żelkotu. Rozrabianie większej ilości lubi poskutkować zagrzaniem całości i zżelowaniem w kilka minut.

Warto też pamiętać, że większość żelkotów posiada silne barwniki. Na szczęście – izopropanol zmywa żelkot wspaniale (podobnie jak i nieutwardzoną żywicę epoksydową).

Po położeniu żelkotu na wszystko:

Można wyskoczyć z warsztatu na herbatę. Żelkot potrzebuje teraz trochę czasu dla siebie, z nakładaniem kolejnej warstwy należy poczekać do momentu aż żelkot  zżeluje. Etap ten można poznać po tym, że już niespecjalnie jest płyny, ale jeszcze nie jest twardy. Tak naprawdę od momentu, kiedy nie rozchodzi się już pod naciskiem to można nakładać kolejną warstwę. Po przekroczeniu tego momentu jedyne co jeszcze robi to staje się coraz mniej lepki. Moment kiedy całkowicie przestaje być lepki wyznacza z grubsza chwilę kiedy warto by już skończyć nakładać drugą warstwę. Wszystko później (a więc położone na już utwardzony żelkot) może mieć tendencję do łuszczenia się.

Kiedy czas już nadejdzie – nakładamy kolejną warstwę żelkotu. Drugą warstwę należy nakładać poruszając pędzlem prostopadle, tak jak było poruszane podczas poprzedniej warstwy. Służy to wyrównaniu śladów pędzla po poprzedniej warstwie. W przypadku tego żelkotu, nie jest to szczególnie istotne, jest na tyle łatwo rozpływający się, że po 5 min sam wyrównuje wszystkie ślady. Niemniej, warto wyrabiać sobie prawidłowe nawyki.

Możecie też zauważyć na zdjęciach, że dopiero podczas drugiej warstwy maluję żelkotem pionowe ścianki ograniczające obszar formy. Powód jest bardzo prosty – na ścinkach nie potrzeba dwóch warstw żelkotu (tak naprawdę… nie potrzeba nawet jednej, po prostu ładniej to wygląda), a pierwsza warstwa lepiej trzyma ściankę na miejscu.

Otwartym pytaniem jest, czy druga warstwa jest konieczna. Naszym zdaniem konieczna nie jest, ale jest naprawdę pożądana. Dzięki niej dużo łatwiej o nieprzeoczenie żadnej dziurki w żelkocie, bo wbrew pozorom to się zdarza. Kiedy na formę wydaje się masę środków i czasu, to na drugiej warstwie żelkotu nie warto oszczędzać !

Po nałożeniu drugiej warstwy – znów można iść na herbatę !

Kiedy herbatę skończymy, czas na położenie “białego żelkotu”. Biały żelkot to tylko nasza wewnętrzna terminologia. Jest on niczym innym jak żywicą, którą użyjemy do laminowania tkanin zbrojących formę, zagęszczoną za pomocą aerosilu i mikrobalonu do konsystencji gęstej śmietany.

Ról tej warstwy jest kilka. Zaczynając od najbardziej prozaicznej – poprawienia wiązania tkaniny zbrojącej z żelkotem, przez ułatwienie układania tkaniny na żelkocie.  Końcową rolą jest bycie warstwą buforową, zmniejszającą naprężenia termiczne między tkaniną szklaną, a żelkotem. Zapobiega to wyłażeniu faktury tkaniny na powierzchnie formy.

Po “białym żelkocie” znów mamy przerwę, tym razem dłuższą (bo LH160 ma większy czas pracy od żelkotu). Różnica jest taka, że białemu żelkotowi nie pozwalamy zsieciować do końca przed nakładaniem tkaniny. Zamiast tego pozwalamy żywicy zgęstnięć do fazy takiego mocno lepkiego, płynnego gluta. Kiedy pozwolimy żywicy zsieciować na tyle, że już nie będzie plastyczna, to sporo utrudnimy sobie pracę, ponieważ nie będzie się ona chciała rozpływać pod tkaniną.

Kiedy przerwa się skończy, przychodzi czas na pierwszą warstwę zbrojenia, jednak zostanie to przedstawione w drugiej części postu.